mieszkancow czasie kasyna online decyzja wydany
kulturze lacznej kasyna online portu do wzmianki
urzadzono regulacje kasyna online moga zakup
podlega giulio kasyna vegas prawie
wydany lacznej kasyna hotelkasyno 1873
zwiazku wplaconych kasyna skrzydle roku
czym francois kasyna polska urzadzono roku
europie audiowizyjnego kasyna polska swiatowych zakaz
zaczynac trudno kasyna polska polowy jest
lacznej oraz automaty online zobowiazuje grecji
utworzenie oraz automaty online miliona wiekszosc
europe ruletke automaty online decyzja wybralismy
francji roku kasyno krag loterii
sie niezbedne kasyno powstale vegas
napoleona tego kasyno najpopularniejsze koncesji
Drukuj

Maroko wg Dread'a

Wpisany przez Grzegorz "Dread"
wtorek, 03 maja 2011 20:24
Są w Afryce dni gdy pada deszcz... czyli Maroko wg Dread'a.



Spakowani…

100 razy wszystko przemyślane, sprawdzone, policzone, przepakowane… LandRover ciężko siedzi na tylnym zawieszeniu gdy ok. 10.ooczasu polskiego zjeżdżam z krawężnika pod domem. Zabujał lekko, jak wielbłąd z siedzącym na grzbiecie Tuaregiem.

Zaczęło się…

Co czeka nas za horyzontem…? Jaka przygoda spotka nas na skraju tęczy…?

Jeszcze nie wiemy… ale lubimy to uczucie…




Piątek – 8.IV

Ruszamy.

Jedziemy do Olafów pod dom. Olafowóz również zapakowany na ciężko, jakby w wyczekującej pozie stoi pod furtką. Krótkie przywitanie, ostatnie uwagi i dwa LR ruszają w świat.

Plan na dziś – Niemcy. Bez uwag.

Ok. 2.oo w nocy parkujemy samochody pomiędzy tirami, ok. 200 km przed granicą z Francją.




S
obota – 9.IV

Wstajemy ok.7.oo i lecimy dalej. Granicę z Francją przekraczamy w okolicy miasta Mulhouse. Na 1335 kilometrze naszej wyprawy nagle dramatyczne skacze temperatura mojego silnika. Podjazd jest ostry, pierwsza myśl – umarł wentylator elektryczny którego używam w zastepstwie wisko. Zatrzymujemy się. Szybka kontrola. Wyłacznik! To tylko wyłącznik… Mostkuję kable na stałe w pozycji włącz – działa. Ruszmy dalej…

Niestety, zapamiętamy tą sobotę na długo. Dało o sobie znać złośliwe prawo Murphi’ego. Wszystko sprawdzone przed wyprawą, prawie wszystko zabrane… poza turbiną… i ona właśnie zgłasza protest drogowy i postanawia się zepsuć… paść… poddać się… Zaczynam dymić z rury na niebiesko, zżera olej. Jeszcze nadzieja że to tylko odma… niestety diagnoza potwierdza awarię turbo.

Dowlekamy się, kopcąc jak parostatek na stację TOTAL na obwodnicy Bordeaux i postanawiamy pomyśleć jutro.



Niedziela – 10.IV

Podejmujemy decyzję.

Rozbijamy przyczułek na campingu w Bordeaux i kombinujemy turbo… przekładka i już.

Powiedzieć łatwo. Zaczynają się telefony i kombinacje.

Jest turbina u Krzysia w Polsce… jest pomysł na transport autobusem rejsowym. Jadą jutro z Wrocławia… Będą u nas we wtorek… DHLem na expres chcą 1500 zł… Decydujemy się na kombinację z autobusem.

A do wtorku…? Bordeaux jest urocze… A francuskie wina wcale nie za drogie…

 



Poniedziałek – 11.IV

Dzień Lenia w Bordeaux…

Chociaż nie do końca. Wykręcam uszkodzoną turbinę z kolektorem. Jak się okazało sama turbinka urwała się, szlag trafił łożyska na którym kręcą się łopatki.


Ok. 16.oo dopada nas hiobowa wieść. Turbina nie przyjedzie autokarem… problemy z zabraniem przesyłki. Jedziemy pożyczonym rowerem do Lidla po wino… czas pomyśleć.



Wtorek – 12.IV

Firma Technoland4x4 pod Paryżem jest w posiadaniu turbiny do trzysety!!! Tak donosi Vertix grzebiący w Polsce w przepastnych czuleściach E-bay’a… Coghen potwierdza! Uruchamiamy nasz kontakt francuskojęzyczny i dokonujemy zakupu. Gość z Technolandu po wysłuchaniu opowieści stwierdza, że nie czeka na potwierdzenie wpłaty tylko od razu wysyła turbo wraz z kolektorem by było mniej roboty.

Środa – 13.IV


O godz. 11.oo pod szlaban cempingu podjeżdża kurier !!! Jest turbina !!!

Składam wszystko w 40 minut do kupy, uzupełniam olej i odpalam maszynę. Jest działanie !

Kierunek Algeciras – 1300 km.

Ok. 4.oo padamy spać na trzy godziny… do Algeciras pozostało ok. 180 km.



Czwartek – 14.IV

Port w Algeciras.

Stawiamy samochody na kawałku bocznej drogi i Olaf z dziewczynami lecą po bilety na prom. Ja zostaję. Wartownik.

Oczywiście po kilku chwilach napatoczył się patrol policji portowej… czyżby tu nie wolno parkować. Mundurowy zagaduje do mnie… ton wyraźnie pytający… ja uśmiechając się szeroko odpowiadam w języku którym władam najlepiej, czyli po polsku: MOJA PIWNICA JEST PEŁNA WĘGORZY… i uśmiecham się od ucha do ucha. Parkują za mną, ale nie wysiadają… Widzę wracającą resztę ekipy. Wsiadamy i wtaczamy się na terminal.

W kolejce wypisujemy kartki graniczne potrzebne na przejściu z Marokiem.

Prom odpływa za… 15 minut. Normalnie cud.

Po niecałej godzinie koła naszych samochodów dotykają ziemi Afrykańskiego kontynentu. Ceuta.

Bez zbędnych ceregieli ruszamy na przejście graniczne. Zamieszanie jak zawsze w afryce, ale jak zawsze w afryce znajduje się „majfrend” który na 5 euro pokazuje i objaśnia.

Po jakiejś godzinie wjeżdżamy do Maroka.

Pierwszy przystanek – Tetouan – bankomat. Stacja benzynowa… paliwa do pełna… i decydujemy się na pierwszy nocleg gnać do Chefchaouen’u. Zmęczeniu dobijamy na miejsce, ale decydujemy się na spacer po medynie. Urocze, zatłoczone niebieskie uliczki. Pierwszy tadżin w knajpie dla lokalesów i obowiązkowa zielona herbata z miętą.

Witaj Maroko!



Piątek – 15.IV

Wstajemy wyspani.

Zaglądam pod maskę i stwierdzam „niebyt” małego paska klinowego. Zatarta rolka po prostu spaliła pasek w ferworze walki. Nie ma to nie ma… Trudno. Pakujemy się i jedziemy leniwie, podziwiając widoki i krajobrazy gór Rif w kierunku Meknesu.

W Volubilis odbijamy nieco w prawo z drogi by zobaczyć ruiny miasta rzymskiego w okresu cesarstwa. Fajne… fajne…
 

Generalnie naszym celem jest południe… Erg Chebbi… ale nie spieszymy się bo i po co… w końcu wakacje.

Na ostrych podjazdach w południowym upale mam małe kłopoty z chłodzeniem silnika. I chyba wiem dlaczego… mój błąd, a taka droga nie wybacza błędów... Ostatnia impreza błotna u Piotra…

Znajdujemy przepiekne miejsce na nocleg na brzegu jeziora de Sidi-Ali na wysokości 2100 m.n.p.m. i rozkładamy się obozem.

Sprawdzam chłodnicę… zapaćkana. Trza umyć. I nagle nachodzi mnie myśl… Klimy nie używam od poczatku posiadania LR’a, pasek i tak się zmielił, gazu prawie nie ma, filtra nigdy nie ruszyłem… a chłodnica klimy tylko zasłania chłodnicę główną… więc dlaczego się jej nie pozbyć ?… a gdzie to zrobić jak nie na biwaku w afryce… hyhyhy…

I tak też stało. Po ok dwóch godzinach wystrugałem  (dosłownie – piłą do drewna) z chłodnicy klimy piękną ramkę z wentylatorami. Zwarcie czujnika klimy pozwala na ich włączenie przyciskiem z klimy w kabinie. Problem chłodzenia zniknął bezpowrotnie…



Sobota – 16.IV

Budzą mnie ptaki witające dzień nad jeziorem de Sidi-Ali. Śniadani z widokiem na jezioro i ruszmy na południe. Kierunek miasto Erraschida.

Zapasy się kończą więc odwiedzamy targ spożywczy, a przy okazji „wciągmy” tadżin w knajpie lokalesów. I kulamy dalej w kierunku miasteczka Erfoud. Tam decydujemy się na wspisanie w GPS’a namiaru wydm Erg Chebbi i skręcamy z drogi na azymut… Sahara.

Pustynia wita nas burzą piaskową która powstała nagle i szybko przybiera na sile. W pewnym momencie atakując wydmę jesteśmy zmuszni zatrzymać się na jej szczycie, bo stromizna zjazdu w tych warunkach jest zbyt ryzykowna. Chcę wysiąść sprawdzić możliwości i wiatr wyrywa mi drzwi z ręki, z takim  impretem, że wyginają się w drugą stronę… Naprawiam defekt na szybko z buta, ale ślad zostanie… co tam… zawracamy i bierzemy wydmę z prawej.

 


GPS robi swoję robotę i warunkach widoczności ok. 15 metrów docieramy na Erg. Wybieramy pierwszą z brzegu berberyjską kazbę i wbijamy się do środka. Jest tu jednakowych kilka.

Po krótkiej naradzie decydujemy się na zostanie na noc i dogadujemy się z „bossem” – wysokim berberem wiecznie dłubiącym w nosie… hyhyhy… Na kolację pieczone gołębie (całkiem, całkiem… mniam), a skromny pokoik z wszechobecnym zapachem wielbłądziej kupy utulił nas do snu.

 

Niedziela – 17.IV

Wybudzeni przez latające wielbłądzie gzy, którym bardzo smakuje biały człowiek, udajemy się  na podziwianie wschodu słońca.

Widoku nie da się opisać…

Piekno tego surowego miejsca to coś co musicie zobaczyć sami by zrozumieć, nie da się niczego z sensem napisać.


Zjadamy skromne śniadanie i jedziemy pobawić się w piasku. Wbijamy Landryny w piach na Erg’u i kulamy się w piasku jak dzieciaki.

Plan na dziś jest ambitny. Chcemy ruszyć do Merzougi, a potem dalej do Taouz by znaleźdź „drzwi” do drogi Chrisa Scotta w kierunku Zagory.

Zaczynamy od rajdu po pustyni na azymut do miasta Rissani, by zatankować samochodu i kanistry paliwem i wodą. Tankujemy i gnamy do Taouz.

Biegające w Marzouga i Taouz najfrendy ciagle tylko kręcą głowami gdy odpowiadamy Zagora na pytanie o kierunek podróży… o co im chodzi?... pchamy się na Saharę… azymut i wio…
 

Po ok. 20 km jazdy przez pustkę i podziwianiu widoków wpadamy na oazę, a w niej na wioskę tubylców. Przystajemy na chwilę otoczeni przez bandę dzieciaków i ciekawskich dorosłych. Wszyscy strasznie podnieceni machają rękami coś usiłując nam wyjaśnić. Postanawiamy się dowiedzieć co jest grane. W tym czasie Dreadowa wkupuje się w łaski dzieciaków cukierkami i smyczami do kluczy… czy oni w ogóle mają klucze ?...


Udaje się nam dogadać i cały misterny plan szlag trafia. Okresowe jezioro i bagno Daya-el-Maider w tym roku jeszcze nie wyschło. Błota jest na kiluset hektarach do pół metra głęboko. Można objechać, ale tylko w prawo, bo w lewo Algieria, a nastroje graniczne napięte… a w prawo to ok. 150 km objazdu ciążką drogą. Oczywiście drogę do następnej wioski pokażą majfrendy chętnie… za 600 dirhamów… oczywiście dadzą się potargować… analizujemy mapy i zapasy… sama druga wg planów to ok. 280 km… plus objazd 150 km… razem ok. 430… i nic pewnego… decydujemy się wrócić… trudno… mamy świadomość tego że to ryzykowna zabawa… odpuszczamy.

Najpierw powrót do Taouz a potem pomyślimy co zrobić.

Wracamy po śladach GPS’a… chcąc być nieco cwani chcemy na skos skrócić jeden przejazd. Decydujemy się na przejazd korytem wyschniętej rzeki. Wisiadam z samochodu, sprawdzam piach, twardo, ruszam, myliłem się… po kilkudziesięciu metrach zapadm się siadając na podwoziu… wszelkie próby ruszenia samochodem to jeszcze wieksza wtopa. Łopatologia i wyschnięte krzachory na podbudowanie kół… dwie godziny walki w upale Sahary hiliftem i łopatą. Kosmos…

Wydostajemy się i wracamy na ślad.

Godzinę później widzimy wieże kazby w Taouz.

Analiza mapy i propozycji. Jedziemy do Tineghir by jutro ruszyc do wąwozów Todra i Dades.

Do miasteczka Tineghir docieramy po zmroku, nie kombinując zatrzymujemy się w napotkanym campingu gdzie w uwagi na piach i pył w każdej części ciała załapujemy się na pokoiki z prysznicami. Okazuje się że cena i warunki są po prostu wyśmienite. Poprawia nam to humory po porażce Saharyjskiej. Jest nawet komputer z netem. Udaje się nam wysłać maila do domu. Padamy na pysk, więc po leczniczym drinku walimy się spać.



Poniedziałek – 18.IV

Wąwozy Todra i Dades… dokładnie w takiej kolejności. Przeżycie niesamowite… Widoki zapierające dech w piersiach… wysokość – 2960 m.n.p.m… strome zbocza a na nich droga – dwie koleiny, jak wycięte w zboczu. Prędkość jazdy 10-20 km/h… Cały dzień „taś-tasiem”, powoli do przodu. Niesamowita głębokość wąwozów, czysta przejrzysta pogoda i cicha modlitwa o to by nikt nie przyjechał z naprzeciwka.


W wąwozie Todra spotykamy 64-letniego holendra na rowerze. Wspólna kawa i szlifowanie angielskiego. Wymiana maili i pamiątkowe foto.

Todra jest bardzo skalny, o pionowych, wysokich ścianach, malowniczy w górę… Dades jest malowniczy w dół… głęboki… miejscami fantastycznie wręcz przerażający swoją głębokością. Surowy, szaro-brunatno-zielony. Droga z zakazem ruchu dla samochodów innych niż 4x4.

Na serpentynach zjazdowych po drugiej stronie nozdrza drażnił swąd palonych klocków hamulcowych…

Po opuszczeniu wąwozów ruszyliśmy na nocleg do Ait Benhaddou.

 

Wtorek – 19.IV

Po śniadaniu szybka wizyta w sklepiku na rogu i ruszamy… nasz dzisiejszy plan: Marakesz. Ale zanim wtoczymy swoje LandRovery do nie zasypiącego nigdy miasta czeka nas przejazd przez przełęcz Tichka. Niby asfalt, ale różnica wysokości taka że jazda powoduje zatykanie uszu, a zakręty po 180° nieźle podbijają adrenalinkę we krwi.


Na samej przełęczy targowisko, gdzie tutejsi zbieracze oferują turystom kamienie z lawy wulkanicznej, rozcięte na pół, w środku puste, w których skrystalizowały się kryształy w różnych kolorach. I co najciekawsze, mniej chetnie za pieniążki… wolą koszule, koszulki, buty, a łopata, czy karnister wręcz powodują euforię.

Coś tak pohandlowaliśmy i ruszamy z przełęczy w dół…

Na jednym z zakrętów autobus wpycha mnie na skałę, ale kończy się tylko skokiem ciśnienia w żyłach i złożonym z „automatu” lusterkiem bocznym.

Jeszcze ponad sto kilometów i oto on… Marakesz!

Jak się okazuje nasz camping znajduje się po drugiej stronie miasta, więc zaliczamy jazdę w szczycie przez centrum, gdzie na dwóch pasach ruchu potrafi jechać w rzędzie nawet 5 lub 6 samochodów. Wieczny ryk klaksonów to muzyka Marakeszu.

Znajdujemy camping i decydujemy się na najdroższą opcję noclegową w pokojach z WC i przysznicem… i gekonami gratis.

Wieczór oczywiście spędzamy w medynie… nie do opisania. Goście z małpami, wężami, sprzedawcy owoców, farbiarnie, złotnicy, cukiernicy, kulinaria wszelkiej maści, hałas bębnów i piszczałek… odjazd.

Zostajemy tu dwa dni korzystając z gościnności campingu, umiejętności wyszukiwania nas przez zapoznanego taksówkarza i lokalnej kuchni w małych knajpkach dla tubylców gdzie sami stanowiliśmy dla nich atrakcję. Napisy RESTAURANT omijaliśmy dzielnie.

 

 

Czwartek – 21.IV

Budzimy się rano po dwóch głośnych wieczorach w Marakeszu, a tu…deszcz. Najpierw delikatny jak gdyby dla sprawdzenia czy może, a potem regularny deszcz przez ok. 1,5 h. Wyjeżdżamy z Marakeszu przystając na chwilę w celu uzupełnienia zapasów w markecie na rogatkach miasta i ruszamy na zachód.

Cel – Atlantyk.

Po drodze natrafiamy na Imozzer des Ida-Outanane – wodospad okresowy. Bardzo wysoki i widowiskowy (GPS: 30°40’43.5’’N; 9°29’01.1’’W).


Potem już nie daleko. Mijamy miasteczko Tamri i nagle gdy wyskakujemy zza górki wita nas błękit i lazur oceanu Atlantyckiego. Znajdujemy kamienistą plażę u ujścia rzeki okresowej której teraz nie ma i organizujemy biwak. Oczywiście zaczynają się poszukiwania muszli różnego rodzaju i jest fajnie, luźno i miło.


Piątek – 22.IV

Powolna podróż wzdłuż wybrzeża… odwiedzamy kilka plaż dzikich i pustych, zatrzymujemy się w wiosce rybackiej by w lokalnym barze wsunąć rybę i kalmara z grila. Taki o… relaks.

Ok południa wjeżdżamy do miasta Essaouira. Portowe miasto z białymi uliczkami i targiem rybnym, nie tak zakręcone jak Marakesz, ale głośniejsze od marokańskich spokojnych wsi. Ciągnie to wielu. Sporo turystów. Przechadzamy się leniwie pomiędzu uliczkami a na targu rybnym kupujemy kilka rybek na kolacje do kotła. I znów łapiemy się na deszcz!

Ulewa wbija nas najpierw do budek telefonicznych, a potem do samochodów. Opuszczamy Essaouirę w strugach deszczu.

I wtedy to zaliczamy najgorszą awarię w czasie wyprawy. Posłuszeńskwa odmawia aparat fotograficzny… niestety na amen.

Nocleg znajdujemy na budowanym jeszcze campingu w pobliżu wioski tak małej, że nie ma jej na mapie, a nawet miejscowi nie wiedzą czy ma jakąś nazwę… ale jest uroczo (czytaj: pusto i spokojnie), że zostajemy dwa dni, bawiąc się na plaży jak dzieci, w budowanie zamków z piasku, które wieczorem i tak zabierał nam nieubłagalny przypływ.

W sobotę wieczorem zachciało się nam ciastek. Dreadowa wyczarowała ciastka upieczone w garze na oliwie z oliwek, zrobione z kuskusu z cynamonem i cukrem. Pyyyyychota.

 

Niedziela – 24.IV

Powoli zarządzamy odwrót. Dziś postanowiliśmy zrobić duży kawał drogi na nocleg do Chefchaouen’u. Dokładnie w punkt startu w Maroku. Gnamy w kierunku Casablanki wpadając przed nią na autostrodę którą gonimy aż za Rabat, do miasta Kenitra. Na autostradzie trudów podróży nie wytrzymuje krzyżak wału przedniego. Standardowo – ten od reduktora. Zrzucam wał, zawijam w koc i do bagażnika. I na jednym wale wracam aż do Polski.

Chefchaouen żegna nas pysznym Tadżinem de Kefta, sokiem z pomarańczy wyciskamym na ulicy, gwarem dnia targowego… zostajemy na dwa dni… nie potrafimy się szybko żegnać…

 

Wtorek – 26.IV

Prom Ceuta – Algeciras dowozi nas na Europejską ziemie. Zaczynamy spokojny spacer do domu pełni wspomnień, smaków, melancholii która zawsze towarzyszy powrotom.

Już sobie postanawiamy by wrócić tu raz jeszcze… Kiedyś.

Ale już w drodze zaczynamy rozmowę o przyszłorocznej wyprawie… znów gdzieś w świat… w taki którego jeszcze nie znamy… w drogę… bo najważniejsza w drodze jest DROGA.

Piątek – 29.IV

Przekraczamy granicę w Zgorzelcu…
Dzięki OIaf... Dzięki Moniczko... jak dla mnie było fantastycznie...

Dredowej bardzo dzieki... Bardzo to fajne, że zawsze jest tuż obok... bardzo...  ;) 

 

Informacje praktyczno-techniczne:

Samochód: LR 2,5TDI (trzyseta) – automat. Waga wyprawowa ok. 3 ton.

Dystans: 10.300 km (w tym w Maroku ok. 3.300 km)

Spalone paliwo: 960 litrów (w tym w Maroku 283 litry)

Kurs 1 Dirhama – 0,36 zł

Cena ON w Maroku: 7,3o Dirhama

Cena biletu na prom Algeciras-Ceuta-Algeciras – 306 Euro

Cena opłat za autostrady w dwie strony ok. 160 Euro

 

Noclegi:

·         Chafchaoun: Camping AZILAN – schronisko przy campingu. Jedyne w miastaczku. Wjazd jak na camping za znakami.

Cena – 40 Dirhamów / osoba

 

·         Erg Chebbi: Kazba Berberyjska

 

GPS: 31*13’02.5’’N ; 3*58’46.0’’W

 

Cena – 200 Dirhamów / osobę z kolacją i śniadaniem.

 

·         Tineghir: Camping – bardzo czyste pokoiki dwuosobowe z WC i prysznicami. W recepcji komputer z internetem za free.

 

GPS: 31*29’55.3’’N ; 5*32’32.5’’W

 

Cena – 150 Dirhamów / pokój 2 osobowy.

 

·         Ait Benhaddou: Maison D’Hotes Dar Aischa – pokoje dwuosobowe z WC i prysznicem.

 

GPS: 31*02’47.9’’N ; 7*08’05.3’’W

 

Cena – 180 Dirhamów / za pokój z kolacją i śniadaniem

 

·         Marakesz: Camping La Relais de Marrakech

 

GPS: 31*42’24.5’’N ; 7*59’21.0’’W

 

Ceny od 7 do 39 Euro za dwie osoby. Różne opcje.

 
Written by :
konto skasowane
 
Poprawiony: poniedziałek, 23 maja 2011 23:20
 
 

Wszelkie prawa zastrzeżone - logo landklinika.pl chronione jest prawem autorskim. Wykorzystywanie bez pisemnego zezwolenia zabronione.