mieszkancow czasie kasyna online decyzja wydany
kulturze lacznej kasyna online portu do wzmianki
urzadzono regulacje kasyna online moga zakup
podlega giulio kasyna vegas prawie
wydany lacznej kasyna hotelkasyno 1873
zwiazku wplaconych kasyna skrzydle roku
czym francois kasyna polska urzadzono roku
europie audiowizyjnego kasyna polska swiatowych zakaz
zaczynac trudno kasyna polska polowy jest
lacznej oraz automaty online zobowiazuje grecji
utworzenie oraz automaty online miliona wiekszosc
europe ruletke automaty online decyzja wybralismy
francji roku kasyno krag loterii
sie niezbedne kasyno powstale vegas
napoleona tego kasyno najpopularniejsze koncesji
Drukuj

Krym... oaza zachodzącego słońca

Wpisany przez Grzegorz "Dread"
poniedziałek, 11 czerwca 2012 21:03

Czyli nasza z Irasem-Vertixem wyprawa ku zachodzącemu słońcu. 

 

Budzę się o wschodzie słońca… jest ok. 4.30 rano gdy wymykam się z samochodu. Kilka chwil później ze swojego pojazdu cicho wysiada Igor. Delikatnie puka w szybę stojącego obok Peugeota i budzi Wiktora.

- Grisza, kawa?

- Da. – odpowiadam i czajnik po chwili wesoło gwiżdże ognisku. Siadamy do kawy i patrzymy w morze jak zaczarowani.

- A wy sjewodnia uże już ujeżdżacie? – pyta Wiktor.

- Da. – znów krótko… jakby nie chcąc sprawiać przykrości.

Pijemy kawę… morze szumi… nic nie mówimy… spotkaliśmy się przedwczoraj, dziś się rozstaniemy i być może już nigdy w życiu się nie spotkamy. Po co psuć taką chwile niepotrzebną gadką…

Wot życie…

alt




Piątek 25 maja 2012
 

Ok. 13.oo spotykamy się na stacji benzynowej tuż za bramkami w stronę Krakowa.

Dwa Landrowery…

Czworo ludków stęsknionych za przygodą i ciszą, odpoczynkiem od zgiełku świata. Ruszamy na Krym…

Plan na dziś – po prostu przed siebie…

Ok. 19.oo zatrzymujemy się na leśnym parkingu w Ustrzykach. Rano na granicę.

Dystans: 337 km

 

Sobota 26 maja

 

Granica o 7.oo zieje pustką. Odprawa zajmuje ok. 30 min bez kłopotów i jakichkolwiek przygód. Karteczka, piecząteczka, otwarcie bagażnika i naprzód…

Wita Ukraina…

Drogi jak ser szwajcarski, wiecznie spieszący się kierowcy i senne wsie.

Nocleg przy drodze za linią drzew…

Nieskomplikowanie…

Dystans: 525 km

alt

 

Niedziela 27 maja

 

Troche poprawiła się droga, ale i tak jazda powyżej 80 km/h może kosztować stratę wszystkich zębów. Dzielnie jednak połykamy kilometry zwalniając we wsiach i miasteczkach, gdzie zazwyczaj na poboczach czają się chłopaki z DAI w swoich fajnych niebieskich mundurkach.

No właśnie… Jedyna przygoda z nimi miała miejsce właśnie dziś…

Jadę sobie spokojnie, zjeżdżamy ślimakiem na autostradę do Odessy a na środku ślimaka ni z gruchy ni z pietruchy znak STOP… nie wiedzieć czemu logiczne wydało mi się zatrzymać na dole niż w połowie zjazdu i tak też uczyniłem… ale kolega z DAI był innego zdania i łagodnie zaprosił kolorową pałeczką na rozmowę.

No i tak sobie gaworzymy na temat tegoż innego zrozumienia, ja gotowy już na uiszczenie odpowiedniej opłaty, gdy nagle obok zatrzymuje się czarny SUV, opuszcza się przyciemniana szyba i uśmiechnięty szeroko koleś pyta mnie ignorując zupełnie milicjanta:

- A wy kuda jedjete?

- Na Krym.

- Charaszo…

Po czym szybko rzuca kilka zdań do „niebieskiego” zamyka szybę i odjeżdża z piskiem opon. Milicjant oddaje mi papiery, uśmiecha się szeroko grożąc mi paluchem i rzuca: pajechali!

Ruszamy dalej snując domysły kim był koleś w bryce za kilkaset tysiaków.

Upieramy się dziś by dojechać do miasta Henichesk, gdzie jest most na mierzeję Arabacką.

Udaje się.

Nocleg już na „arabatce” z cerkwią w tle… Koniec gonitwy…

Dystans: 672 km

alt

 

Poniedziałek 28 maja


Na chwilkę wracamy do Henichesk’u na małe zakupy. Wczoraj było za późno. Kabaczki, kapustka, filety z kurczaczka – to wszystko wyląduje w kociołku którego władcą się Dreadowa. Rany co ona w nim czarowała do końca wyprawy.

Zakupieni ruszamy na mierzeję… po kilku km kończy się asfalt, a za następne kilka kończy się cywilizacja. Tylka my, nasze Landryny i morze Azowskie. Prawie 200 km niczego. Pięknie… O mało co, a przegapilibyśmy kamień graniczny Republiki Autonomicznej Krymu patrząc w falującą toń.

Odpoczywamy…

Dystans: 43 km

alt

 

Wtorek 29 maja


Leje! Ło matko, ale jak!

Coś tak się rano zaniosło, a potem dogoniły nas burzowe chmury. Zwinęliśmy obóz i przejechali za burzę. I znów lenistwo… błogie lenistwo…

Dystans: 45 km

alt

 

Środa 30 maja


Dobra. Ponudzili się to czas coś zobaczyć. Wyjeżdżamy z mierzei odprowadzani przez zdziwione spojrzenia stada młodych byków łażących samopas po stepie u wylotu „arabatki”. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w ruinach Twierdzy Genueńskiej ( N 45*17’46.39” E 35*28’40.00” ) i przez Lenino (nie TO Lenino) gnamy do Szczołkina. Interesują nas ruiny nigdy nie odpalonej Elektrowni Atomowej ( N 45*23’24.50” E 35*47’47.85” ) której otwarcie zaplanowane było na miesiąc po pamiętnej eksplozji reaktora w Czarnobylu. Jako że elektrownia w Szczołkinie była wybudowana na tej samej technologii władze podjęły decyzję o zatrzymaniu gotowego już projektu. Transport materiału radioaktywnego został zawrócony, a całe miasto które powstało by pracować w elektrowni i wokół niej, zostało pozostawione samo sobie. Przemysłowe tereny to dziś betonowa pustynia ruin i rumowisk. Można spokojnie kręcić tu filmy o tematyce apokaliptycznej.

W zarośniętej części rozpanoszyły się gryzonie, ptactwo i większe żyjątka jak np. dziki, których watachę najechaliśmy w zaroślach. Wyglądały na zdziwionych naszą obecnością, lecz nie wykazywały zbytniej płochliwości i dość długo wdzięcznie pozowały do zdjęć.

Na szczęście na okolicznych łąkach, a w zasadzie pod nimi, znaleziono złoża gazu ziemnego. Jego wydobycie uratowało miasto prawdopodobnie przed całkowitym wymarciem.

Jadąc polna drogą do wsi Bielinsk w pewnej chwili skręciliśmy po prostu w lewo w zarośla i klucząc pomiędzy drzewami zagajnika wbiliśmy się na brzeg morza…

Zachody słońca na całym Krymie są bajeczne…

Dystans: 98 km

alt

 

Czwartek 31 maja

Znów wstajemy przed 5.oo…

Mówiłem już że spanie do 5.30 jest w zasadzie niemożliwe? Słońce wstające wesoło grzeje w szyby samochodu a okolicznie gęsto występujące zwierzaki latające robią taki rwetes, że najbardziej opornych wyciągają ze śpiworów…A poza tym po co tracić tak piękne dni na spanie?

Tak więc zrywamy się o piątej, kawa, szybkie śniadanie (jajecznica z zieloną cebulką) i szybka kombinacja co dalej.

Sudak…

Twierdza Genueńska w Sudaku. Ruszamy.

Szosa średnio zapchana, ale całkiem fajna i ciekawa widokowo. Mijamy bokiem Feodozję ( i tak wiemy że wszystkiego na raz nie zobaczymy ). W pewnym miejscu Dreadowa trąca mnie łokciem:

- Ty… Patrz… ale stamtąd będzie widok…

Obok po prawej po zboczu leci droga kamienno-szutrowa, prosta jak od linijki, bez żadnych zakosów. Skręcam. Iras siedzi mi na ogonie. Podjazd wymagał reduktora i stałych 2000 obrotów na dwójce i Potwór dzielnie wspina się w górę.

Widok zabija…

Delektujemy się wiatrem we włosach przez dłuuuugą chwilę.

Gdy w końcu wsiadamy do samochodów i losowo wybieramy wyjazd w lewo (do kierunku wjazdu) okazuje się, że za szczytem kończy się droga! Stoimy na płaskim szczycie na którym stoi pomnik lotników w kształcie szybowca poruszającego się zgodnie z wiatrami a za nim… przepaść.

Znów w ruch idą migawki aparatów i wracamy tą samą drogą.

Spisuję namiar „skrętu” z szosy – N 45*00’38.73”; E 35*16’20.52”

alt


Śmiejemy się, że to wszystko przez popa, a w zasadzie przez dwóch co to nas dziś błogosławili.

Hahahaha….

No to opowiem Wam…

Spotkanie z pierwszym zaliczyliśmy rano.

Jedziemy sobie luzacko jak to my… brum-brum… i w tym naszym luzackim rozglądaniu się zauważyli piękną cerkwię z jeszcze piękniejszym ogrodem. Drzwi otwarte. Iras czyta moje myśli i pyta przez radio: zajrzymy? Zawracamy i parkujemy pod furtką. Cichutko zakradamy się do przesionka a w cerkwi twa właśnie jakieś czuwanie czy coś w tym stylu. Pop okadza i błogosławi zebranych. Zauważa nas gdy już w zasadzie chcemy się wymknąć by nie przeszkadzać. Kiwa ręką by wejść. Dziewczyny zakładają dyżurne chusty na głowę i wchodzimy. Od razu przechwytują nas dziarskie staruszki i pokazują jak stanąć, kiedy się ukłonić, a pop obchodzi nas dookoła machając kadzidłem i intonując modlitwę. Oczywiście zostajemy dłuższą chwilę chłonąc nastrój i piękny wystrój świątyni.

A drugi…

Jedziemy pomiędzy winnicami przez górską przełęcz i „najeżdżamy” na sklep z winami ( N 44*55’21.62” E 35*05’23.54” ). Zatrzymujemy się i wyskakuję z Vertixem po mały zakup. Doczłapujemy do drzwi i za klamkę a tu… zamknięte. I już mamy odejść gdy zza rogu wyłania się ochranin w pełnym rynsztunku jak komandos i gestem zaprasza nas za róg, uśmiechając się przy tym i coś tłumacząc. Okazuje się że sklep dziś zamknięty i nie można otworzyć drzwi… ale można otworzyć okno! I zaprasza nas do wykonania skoku przez parapet. Pakujemy się do środka a tam… przedmiotowy pop nr dwa lekko rozmiękczony również zakupuje trunki. Oczka mu się śmieją i ogólnie jest wesoło. Wychodząc z kilkoma butlami pod pazuchą błogosławi nas szeroko. Oczywiście my również nie wychodzimy z pustymi rękami.

Przelatując przez Koktebel zakupujemy baranią gicz i lecimy do Sudaku.

Jako że już późno, zatrzymujemy się na chwilę pod Twierdzą i uciekamy za miasto znajdując spokojne miejsce na nocleg.

Kawał barana ląduje w kociołku.

Dystans: 168 km

alt

 

Piątek 1 czerwca


Po śniadanku zjeżdżamy do Sudaku i idziemy na Twierdzę Genueńską w celach zwiedzenia owego zabytku. Robi wrażenie jeśli ktoś lubi takie sprawy.

Po Twierdzy wbijamy się do knajpy gdzie wsuwamy czebureki z mięsem i serem wielkie jak talerze – pychota.

I po krótkiej naradzie ruszamy nieco w tył, do Starego Krymu by zobaczyć Klasztor Ormiański Surb-Chacz w którym przechowywana była narodowa relikwia Pyrg Chaczkar (Kamień Zbawiciela), aż do XIII wieku gdy Ormian wygnali z Krymu Turcy.

Wracamy tą samą drogą i mijając Sudak tniemy w kierunku Auszty. Na nocleg wybieramy las za Ausztą stanowiący w zasadzie początek Rezerwatu Krymskiego.

W gęstym lesie klimat jak z bajki o czerwonym kapturku… ciemno i straszno… hahha…

Wieczorem dzwonimy jeszcze do mamusiek i oświadczamy, że jesteśmy oburzeni brakiem telefonu z życzeniami na Dzień Dziecka.

Dystans: 178 km

alt

 

Sobota 2 czerwca


Kiedyś drogą w okolicy której jesteśmy można było przemknąć górami do Bakczysaraju, ale dziś to droga zmknięta. Rezerwat.

Wracamy na obwodnicę Auszty i gnamy w kierunku Jałty. To tam zaczyna się droga górska przez masyw AjPetri do Bakczysarju. Nie polecam takiej jazdy osobom z chorobą lokomocyjną. Nie ma takiej ilości Aviomarin na świecie by żołądek nie wyleciał bokiem. Droga 1000 zakrętów.

Oczywiście zatrzymujemy się na AjPetri i podziwiamy panoramę na Jałtę oraz obowiązkowo zaliczamy kawę z baklawą w tatarskiej knajpce siedząc w kucki.

Przed Bakczysarajem zatrzymujemy się jeszcze u ulicznego sprzedawcy z wielkim kotłem – Samsa ( CAMCA ), duży niby-pączek z nadzieniem z mięsa, cebuli i kapusty. Mniam…

Pod Pałacem Chanów w Bakczysaraju, naszym następnym przystankiem, nie ma kompletnie kłopotu z bezpiecznym parkowaniem samochodu. Po prostu w okolicy rządzi dziecięco-młodzieżowa mafia parkingowa. 5$ załatwia sprawę za dwa samochody. Bezpieczne jak w domu za piecem.

Pałac Chanów… trzeba po prostu zobaczyć.

alt

Tatarska knajpa serwuje rosół z baraniny z warzywami i manty czyli pierogi na parze z mięsem baranim. Nie jesteśmy w stanie się oprzeć.

alt

 

Mamy jeszcze ambitny plan na dziś. Chcemy wrócić pod Sewastopol by jutro przy niedzieli najechać tamtejsze atrakcje od rana. Więc nie ma co gderać tylko lecieć.

Ok.18.oo odbijamy lekko za Sewastopol szukając noclegu. O mały figiel nie wjeżdżamy do bazy wojskowej, gdzie na pasie betonu prężą się dumnie w rzędzie MIG’i 29. Szybka nawrotka i spadamy.

Decydujemy się palcem po mapie na dziki camp za wsią Orlivka. Gdy tylko pakujemy się na wał od razu macha do nas kilka rąk zapraszająco pokazując miejsce. Witamy się z Igorem, Ingą, Wiktorem i Wiktorią. Wymieniamy kilka zdań po rosyjsku i padamy spać… już po zachodzie.

Dystans: 185 km

 

Niedziela 3 czerwca


SEWASTOPOL.

Rano Igor tłumaczy żeby nie stawiać samochodów w Sewastopolu samopas bo to piękne miasto ale pełne cwaników. Obiecujemy wrócić. Nie opłaca nam się szukać innego noclegu.

W Sewastopolu parkujemy samochody w zamkniętej strefie tuż przy porcie wycieczkowym. Jeden z banknotów Narodowego Banku Ukrainy niknie w zeszycie pewnego ochroniarza i niby przypadkiem za sprawą czarów unosi się szlaban.

alt 

A potem co… atrakcje… hahaha… rejs statkiem wycieczkowym, oceanarium, delfinarium, lody (mmmm jakie pyszne), tatuaż z chenny i kolczyki dla sąsiadki pilnującej naszych kotów.

Zmęczeni wracamy na camp. Ale dziś nie ma spania – Igor i Wiktor już na nas czekają. Na stole na którym są nawet kwiaty (a jesteśmy na plaży) lądują różniste wiktuały i trunek. Siedzimy i gadamy o różnych sprawach ludzkich do późnych godzin. Dowiadujemy się, że ich obecność w tym miejscu nie jest przypadkowa. 150 metrów od brzegu na dnie, na głębokości ok. 6 metrów, leży wrak żaglowca angielskiego który został zatopiony w 1854 roku w czasie wojen Krymskich, a oni eksplorują go od kilku lat wyławiając różne drobiazgi.   

Nieco rano bolał łeb…


 

Poniedziałek 4 czerwca


Gdy wyjeżdżaliśmy rano nasi nowi znajomi byli wyraźnie nie w sosie. Inga ukratkiem wycierała łzy przy pożegnaniu.

Witor poprosił mnie o mapę i gmrając po niej nurkowym nożem objaśniał po rosyjsku:

- Pojedziesz przed siebie za Eupatorię, aż do wsi Okunivka. Miniesz ją i pojedziesz dalej aż do zakrętu drogi. Szosa skręca 90 stopni w prawo, a na wprost będzie droga szutrowa w step. Prosta jak strzelił. Jedź. Spodoba się Wam. Powodzenia.

Ruszamy w ciszy. Smutno, kurna.

Jak mówił tak zrobiliśmy. Połykamy kilometry do przedmiotowego zakrętu. Po drodze małe zakupy w wiejskim sklepie.

Jest step…

Wokół pusto… tak trafiamy na półwysep Tarkanchut. Mijamy kilka obozowisk na klifach wlokąc się i podziwiając widoki zapierające dech w piersiach.

alt 

Na nocleg stanęliśmy ok. 10 km przed Chornomorskiem łapiąc sypialnię z widokiem na wrak „Świętej Katarzyny” leżący na mieliźnie. Kryształowa woda w zatoce. Na kolację dostaliśmy w prezencie od nieznajomych tubylców dwa kraby wyłowione z morza. Mieli ich pełną siatę. Ale zwróciliśmy im wolność. Jednego już rano zeżarliśmy. Wpadł w ręce nurkującego o świcie we wraku Igora.

Zachód słońca znów powlał…

Dystans: 186 km

alt

 

Wtorek 5 czerwca


Zatrzymujemy się na chwilę w Chornomorskim na zakupy…

Gdy dziewczyny są w sklepie ja leniuchuję przy samochodzie. Przejeżdża terenowa Toyota na tubylczych numerach, mija mnie, zatrzymuje się z piskiem i cofa. Kolesie witają się i wymieniamy kilka zdań.

Ruszmy dalej w swoją stronę stepem tuż nad klifem. Niezliczona ilość ptaków morskich, koników polnych i innych żyjątek… Spotykamy jeża wielkości arbuza. Pofuczał na nas ze złością gdy położyłem się obok z aparatem. Jeszcze przed 16.oo wybieramy nocleg na małej plaży  pomiędzy klifami. Wokoło pusto i cicho.

Leniuchujemy taplając się w ciepłym morzu.

Dystans: 55 km

alt

 

Środa 6 czerwca


Dziś nastroje są ciche… w zasadzie to nasz ostatni dzień na Krymie. Żal będzie normalnie wyjeżdżać z tej oazy spokoju.

Powoli wleczemy się szosą.

Na ostatni obóz wybieramy cypel za plażą we wsi Portowe na terenie rezerwatu „Łabedzie Wyspy”. Nie ma tu wielkiego wyboru, bo na pozostałej części rezerwatu jest zakaz biwakowania o czym informuje tablica na szosie.

Obijamy się ostatni dzień. Na patelni lądują skumbrie, a pod stołem flaszka „Kozackiej Rady”. Pogoda gorąca choć wiatrowa nieco.

 

­Czwartek i Piątek 7-8 czerwca


Żegnaj Krymie, do widzenia Ukraino.

Z jednym noclegiem w znanym miejscu za linią drzew przy szosie (dzień drugi) wracamy do domu pełni nowych wspomnień.

I choć świat kręci się swoim trybem nie zwracając na nas uwagi, my czujemy się lepsi, bogatsi. Poznaliśmy znów jego kawałek, bez pośpiechu jaki towarzyszy nam na co dzień. Żyć jeszcze będziemy długo tym wyjazdem, tak jak nadal żyjemy poprzednimi dodając wspomnienia na magicznym liczydle życia.

I już rodzi się pomysł na następną… za rok…

Gruzjo… Armenio… już się pakujemy. ;)

wiecej fotosów:
https://picasaweb.google.com/112568058213688240488/Krym

i skrót filmowy:
http://www.youtube.com/watch?v=FhcXyQtkSsk&feature=g-upl 

 

TECHNICZNIE RZECZ BIORĄC:

SAMOCHODY – DISCOVERY 300 moja w manualu, Vertixa w automacie

ŁĄCZNY DYSTANS – 4026 KM

ILOŚĆ PALIWA – 397 LITRÓW

Ilość zatrzymań przez DAI – 1 (słownie: jeden)

Ilość zapłaconych mandatów – 0

Ilość awarii – 0 (chyba że liczyć przebitą oponę Vertixa jako awarię – hyhyhy)

 

Namiary noclegowe:

1.  Parking leśny Ustrzyki – N 49*25’00.83” E 22*32’38.79”

2.  Za linią drzew przy szosie – N 49*02’47.68” E 28*42’58.53”

3.  Pod cerkwią za Henichesk’iem – N 46*06’12.02” E 34*49’17.02”

4.  Mierzeja Arabacka – N 45*42’48.81” E 35*00’30.41” (ale miejsca tam w cholerę)

5.  Mierzeja Arbacka – N 45*17’46.39” E 35*28’40.00”

6.  Niedaleko wsi Bielinske – N 45*22’41.95” E 35*56’35.16”

7.  Polana za Sudakiem – N 44*52’15.38” E 34*53’52.27”

8.  Las „Czerwonego Kapturka” – N 44*41’28.82” E 34*19’03.70”

9.  Dziki Camp za wsią Orlivka – N 44*43’25.46” E 33*32’57.35”

10.Dziki Camp za wsią Orlivka – N 44*43’25.46” E 33*32’57.35”

11.Przed wsią Choromorske – N 45*21’09.57” E 32*30’03.06”

12.Plaża w stepie pomiędzy klifami – N 45*38’52.22” E 32*56’02.08”

13.Portowe „Łabędzie Wyspy” – N 45*50’56.39” E 33*28’21.47”

14.Za linią drzew przy szosie – N 49*02’47.68” E 28*42’58.53”

15.W DOMU… 

Written by :
konto skasowane
 
Poprawiony: wtorek, 12 czerwca 2012 16:38
 
 

Wszelkie prawa zastrzeżone - logo landklinika.pl chronione jest prawem autorskim. Wykorzystywanie bez pisemnego zezwolenia zabronione.