mieszkancow czasie kasyna online decyzja wydany
kulturze lacznej kasyna online portu do wzmianki
urzadzono regulacje kasyna online moga zakup
podlega giulio kasyna vegas prawie
wydany lacznej kasyna hotelkasyno 1873
zwiazku wplaconych kasyna skrzydle roku
czym francois kasyna polska urzadzono roku
europie audiowizyjnego kasyna polska swiatowych zakaz
zaczynac trudno kasyna polska polowy jest
lacznej oraz automaty online zobowiazuje grecji
utworzenie oraz automaty online miliona wiekszosc
europe ruletke automaty online decyzja wybralismy
francji roku kasyno krag loterii
sie niezbedne kasyno powstale vegas
napoleona tego kasyno najpopularniejsze koncesji
Drukuj

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. 1

Wpisany przez Artur Kamiński
środa, 15 maja 2013 22:07

Kaukaz - Gruzja i Armenia 2012, cz. 1


185 pan

Wracając ze wspaniałego przejazdu landroverem po Albanii w 2011, gdzieś na austradzie między Serbią a Węgrami, Agnieszka spytała: To dokąd jedziemy w przyszłym roku? Do Gruzji?
To było raczej twierdzenie, niż pytanie.

Jak mówi stare porzekadło: "Mówimy: Lenin, a myślimy: partia." Zatem mówię: Gruzja, a myślę: Kaukaz, z Armenią i Azerbejdżanem. Jeśli czas pozwoli, chcemy przez Gruzję wjechać do Armenii, albo pojechać zatankować paliwo w Baku. "Albo", ponieważ 3 tygodnie urlopu nie wystarczą na tyle atrakcji, a ponadto Azerbejdżan i Armenia spierając się o Górski Karabach mogą blokować dostęp do siebie podróżnikom, którzy już odwiedzili ich sąsiada.
Kilka miesięcy przed wojną pięciodniową z Rosją w 2008 roku, do Gruzji pojechali landroverem Kuba z Aśką. Wtedy Gruzja WYDAWAŁA mi się szalenie egzotyczna i nierealna.
Dziś wiem, że JEST egzotyczna, choć taka cywilizowana.
Od powrotu z Albanii w sklepie wybieramy tylko gruzińskie wina (takie przygotowanie kondycyjne do wyjazdu). I tak zostało do dzisiaj.

Tydzień przed wyjazdem jedziemy na deszczowy zlot LR Only.
Dzień przed wyjazdem zmieniam jeszcze łożyska piasty w tylnej osi.
W dniu wyjazdu, po powrocie z fabryki, startuję z Poznania do Warszawy, gdzie tak naprawdę zacznie się wyprawa, ale na licznik wskakuje dodatkowe 300 kilometrów.

Do Gruzji dojechać można przynajmniej na dwa sposoby: przez Ukrainę i Rosję (przez niedawno otwarte dla podróżników przejście graniczne w Osetii Północnej), albo przez pół Europy i Turcję. Wybieramy ten drugi wariant. Przed nami 3 500 kilometrów (z Poznania) przez swojską Polskę, górzystą Słowację, Węgry pełne słoneczników, Serbię z dwujęzycznymi napisami, zapyziałą Bułgarię i nudną Turcję z Turkami i tysiącem minaretów.
Turcja wymaga oddzielnego komentarza. Z całego dystansu dzielącego nas od Gruzji, droga przez Turcję to prawie 1 500 kilometrów, dobrymi drogami, z cholernie drogim paliwem (ponad 8 zł za litr) i kłopotliwą komunikacją z Turkami (chyba, że znacie język turecki). Oczywiście przed wjazdem do Turcji, jeszcze w Bułgarii, tankujemy auto do pełna łącznie z karnistrami. Na całą Turcję i tak nie wystarczy. Podczas tankowania w Turcji obsługa zawsze spisuje numer rejestracyjny auta. Interesujące...

005 pan

Turcja, to przejazd przez Istambuł. Nam wypadło to w okresie popołudniowych korków, co w połączeniu ze skalą zjawiska w tej potężnej metropolii oraz stylem jazdy i sposobem zmiany pasa ruchu przez Turków jeszcze dzisiaj wywołuje u mnie dreszcze. Godzinne oczekiwanie w korku i upale na ugaszenie auta płonącego kawałek przed nami było przy tym relaksującym urozmaiceniem. Na nocleg stajemy na dużym parkingu, gdzie ochrona wskazuje nam wygodne miejsce pod ich nadzorem.
Sypialnię mamy w aucie, nikomu nie przeszkadzał nasz biwak obok odpoczywających na trawie Turków i Turczynek w powłóczystych strojach. Przy aucie rozstawiliśmy nawet naszą kabinę prysznicową, co również nikogo nie wzruszało.

Do granicy gruzińskiej dojeżdżamy po czterech i pół dnia (z Warszawy). Przygoda dopiero się zaczyna.

GRUZJA
# Wjeżdżamy do Gruzji przez nowoczesne przejście graniczne pod Batumi. Za granicą cieszy tańsze tankowanie auta. Wjeżdżamy do Batumi. Chcemy rzucić okiem na słynny kurort i wreszcie zagłębić się w zieloną i górzystą Gruzję. Na razie lansujemy się na nadmorskiej promenadzie, zajadając arbuza w cieniu jednej z wielu palm. Jest upał, do aktywności trzeba się zmuszać. Wybieramy opcję light - w zacienionej knajpie z fontanną zjemy słynne chaczapuri. Zaskakuje nas smakiem słonego sera zamaskowanego ciastem. Zamawiamy waniliową lemoniadę, co jest nie mniej zaskakującym odkryciem. Jeszcze trochę spacerujemy platanowymi alejkami, mijamy bambusowy zagajnik. Słońce zbliża się do powierzchni Morza Czarnego, w mieście trudno będzie znaleźć miejsce na nocleg, a z hoteli nie korzystamy. Dzikie biwaki to dla nas nieodłączny element podróżowania landroverem. Czas zatem wyjechać z miasta. Zbliżamy się do przedmieścia. Czujemy jednak, że coś nas ominie. Zjeżdżamy na najbliższy parking w pobliżu promenady. Dziadek parkingowy zachęca: teraz pójdziemy "paguliat", a potem zostaniemy tu na noc. Toalety są w pobliskiej knajpie, zaraz pokaże, gdzie. Pomysł jest na tyle dobry, a dziadek przekonujący, że zostawiamy auto w miejscu tętniącym wieczornym życiem.

011a pan

Najpierw kąpiel w morzu o zachodzie słońca, potem trafiamy na tańczącą fontannę. Trudno się od niej oderwać. Na trotuarze tłumy, w innych kreacjach niż za dnia. Spacerują również starzy ludzie. Często słychać język rosyjski. Niektóre knajpy mają mocno europejskie zadęcie, ochronę, baseny, hostessy i sporo wolnych stolików. Od strony morza Batumi wygląda imponująco. Nieco w głębi, alejki zastawione są stołami bilardowymi i stołami do ping ponga. Trudno znaleźć przy nich wolne miejsce. A na długim placu - druga tańcząca fontanna. Co za miasto! U nas jest muzyczna fontanna w Warszawie i we Wrocławiu - w samym Batumi są dwie.
Zmęczeni wracamy do naszej sypialni na parkingu. Szczęśliwie knajpy są jeszcze otwarte, więc jest dostęp do toalet. Jest druga w nocy. Dziadek parkingowy zachwalając swój parking zapomniał powiedzieć, że tuż obok są dwie dyskoteki. Mimo to zasypiamy bez problemu.

024 pan

# Rano sprawnie się zwijamy i wyjeżdżamy z Batumi przez centrum miasta. Pojawia się tam nowoczesna architektura, ale dominują posowieckie blokowiska. Zagłębiamy się w doliny Adżarii wzdłuż rzeki Adzhariskali. Szukamy zabytkowego mostu położonego z dala od drogi. Kawałek dalej podobny mostek mijamy tuż przy drodze. Wąska, asfaltowa droga po kilkudziesięciu kilometrach przechodzi w szutry, wijące się przez wioski i wznoszące pagórki. Tempo podróży spada, wysokość rośnie. Tak wjeżdżamy na przełęcz 2000 metrów. Dla wielu podróżujących tym szlakiem to punkt przesiadkowy i gastronomiczny. Naszym celem są góry Mescheckie w paśmie Małego Kaukazu, na północ od Abastumani. Po drugiej stronie przełęczy, już w dolinie, rozpytujemy o drogę do Kutaisi, biegnącą przez góry. Mamy z tym kłopot, bo wszyscy odradzają nam tą drogę i kierują na zwyką szosę, biegnącą doliną dookoła gór. Trafiamy wreszcie do Abastumani,  uzdrowiska mającego lata świetności za sobą. Tam znowu odradzają przejazd przez góry. Jakaś zmowa czy co? Raczej nas to nie uspakaja.
Jest późne popołudnie, nie wiemy, co nas czeka w górach. Kończy się asfalt, szutry prowadzą wzdłuż małej rzeczki, nad którą piknikują Gruzini. Kolejni, których mijamy, gestami i okrzykami zapraszają: na jednego, na pięć minut! Aż się sobie dziwię, jak długo (2 sekundy?) podejmowałem decyzję. Cofam auto. Trafiliśmy na prawdziwą suprę. Kilka rodzin spędza tu urlop. Gruzini serdecznie nas witają i jeszcze bardziej serdecznie goszczą przy stole. W tym przypadku stół, to duża folia rozłożona na trawie, zastawiona smakołykami. Nami zajmują się głównie mężczyźni, kobiety nieco z boku, z zaciekawieniem przysłuchują się rozmowom. Jeden z mężczyzn wznosi toast: za spotkanie, za zdrowie, za nasze kobiety. Achaaa - to tamada, trzeba uważać, i posłuchać go, kiedy podnosi kieliszek. Jego toasty nie były wyrafinowane, alegoryczne czy poetyckie, ale były szczere, serdeczne i ciepłe.

029 pan

"Gruziński stół to więcej niż mebel, nawet mebel zastawiony wazami, paterami, półmiskami, salaterkami, sosjerkami, dzbanami, gąsiorkami, balonami i flaszkami. Więcej niż zebrani wokół mebla goście: można zrobić stół w plenerze, a nawet w przedziale w pociągu. Gruziński stół to biesiada, przebiegająca według ustalonego porządku, to teatr, w którym każdy ma do odegrania swoją rolę, to rytuał."[WG]
- Nie nie, ja tylko trochę, przecież prowadzę, a droga niepewna. -To nic, to nic, pij, wino dobre, domowe. Częstują szaszłykiem, sałatką, znowu toast: za spotkanie, za naszą biesiadę. Oczywiście pijemy, wino przecież domowe jest, dobre. Rozmawiamy po rosyjsku. Nasi znajomi pochodzą z Abchazji. 20 lat temu Rosja wypędziła ich z domów, domy spalono. Z sąsiadami Rosjanami żyli w dobrej komitywie, do dzisiaj dzwonią do siebie, dlaczego tak się stało? 20 lat... A dom mieli 70 metrów od Morza Czarnego. Dziś mieszkają w Tbilisi.
Znowu pijemy, jakoś tak w ciszy, choć tamada przemawiał.
Rozmowa musi zejść na "Czterech pancernych i psa". Gospodarze są przekonani, że Gruzina w tym kultowym serialu grał ich człowiek, Gruzin. Przy naszym stanowisku dzwonią do znajomych, wyjaśniają... że jednak Polak.
Wokół nas dokazują dzieci. Dajemy im naklejki ze zwierzątkami. Robi się drobne zamieszanie: ten chce jeszcze jedną, tamten nie dostał zajączka, inne dostało żabkę, a wolałoby pieska.
Jeden z Gruzinów ma dzisiaj urodziny. Sięgamy do naszych rezerw federalnych i dajemu mu w prezencie flaszeczkę polskiego krupniku. Wypytujemy jeszcze o bezpieczeństwo w Swanetii i obszarach w pobliżu Abchazji. Od paru lat jest spokój. Do Abchazji oczywiście nie wjedziemy.
Pijemy za pokój na świecie, za szczęście dla nas w podróży. Gaumardżos! Z wyczuciem pytam tamadę, czy też mogę coś powiedzieć. Więc pijemy za powodzenie i ich rychły powrót w rodzinne strony. Chociaż z realizacją będzie zapewne podobnie, jak z pokojem na świecie...
Po dwóch godzinach, z żalem, odjeżdżamy z podarowaną nam galaretką winogronową, pikantnym sosem (dobry na krążenie), flaszką domowego wina i krzyżem narysowanym na zakurzonej masce auta.
"Na Kaukazie wystarczy czasem uśmiechnąć się, zagadnąć sąsiada w marszrutce, przysiąść do kogoś na ławce w parku, by potoczyła się opowieść o życiu, dzieciach, historii, religiii i kosmosie. Zresztą, nie trzeba zagadywać, sami zaczepią, poczęstują jabłkiem, spytają, skąd jesteśmy i jak mamy na imię." [WG]

036 pan

Zagłębiamy się w lesiste zbocza gór. Liczymy, że zdąrzymy dojechać do grani przed zachodem słońca. Jednak droga, na skalnym podłożu, ma wiele rozpadlin i trzeba uważnie i wolno jechać. Na odkryte, wysokie przełęcze wjeżdżamy więc już po zachodzie. Ale i tak jest pięknie: kolorowe niebo, pobrzękujące dzwonki owiec w widocznych na niżej położonych polanach zagrodach pasterskich, konie pasące się na stoku a widoki po horyzont. Jest chłodno, nasz biwak jest na wysokości 2 200 metrów.


045c pan

# Zjeżdżamy na drugą stronę gór. Spotykamy trzech wesołych pasterzy, zapraszają na czaczę. Przed 13-tą? Do dziś żałuję, że wtedy nie spróbowałem. Być może umrę, nie znając jej smaku. Robimy sesję zdjęciową przy ich bacówce i zjeżdżamy niżej. Na śniadanie serwujemy turecki chleb, gruzińskie jajka, polską kiełbasę i bułgarskie pomidory. Przeglądam jeszcze auto i skalistą drogą dojeżdżamy do kurortu w dolinie, z leczniczymi źródłami. 


040 pan

I dalej szybko, normalnymi drogami, przez Kutaisi (zwiedzanie zostawiamy na później, bo śpieszy nam się do Swanetii na szczególne święto) wjeżdzamy do tej legendarnej krainy. Do miejscowości Lentekhi przyjemny asfalt, dalej przyjemne szutry. Na biwak stajemy w rozległej dolinie. Przy kolacji przekomarzamy się z wieczornymi ptakami, świetlikami i księżycem. Wokół na łące krowie placki. Jest cudownie, pijemy wino, które dostaliśmy wczoraj.


062 pan

# 28 lipca, piękna pogoda. Dziś chcemy dojechać do słynnej wioski Ushguli i zdążyć na jedyne w swoim rodzaju święto w pobliskim kościele. Czas pokazał, że pośpiech w Gruzji jest niewskazany i mało możliwy. Na razie droga biegnie długą doliną. Stopniowo przez drzewa zaczynamy widzieć grzbiety wspaniałych gór, potem zaczynają dominować w krajobrazie ich ośnieżone żleby. Widać coraz mniej drzew i coraz więcej gór, niechybny znak, że wspinamy się ostro w górę. Przez trawiaste łąki dojeżdżamy do przełęczy. Wioski ciągle nie widać.

069 pan

Przy drodze stoi auto, maska podniesiona, panowie na coś spokojnie czekają. Zatrzymuję się przy nich, pytam, co się stało, jak możemy pomóc? "- Wsio normalno, woda się zagotowała. Musi przestygnąć". To dość zwyczajna i częsta przypadłość aut na drogach w Gruzji. Auta są niemłode, wyładowane po dach, bo dojazd do wiosek w górach trwa długo i trzeba transport dobrze wykorzystać. A drogi strome. Nasi nowi znajomi są tak wzruszeni naszą chęcią pomocy, że pytają o stakany (kieliszki) i z dużej butli częstują domowym winem. Kieliszki małe, więc napełniają je kilka razy. Ja kierowca, więc dają spokój, ale Agnieszka pić musi. Co więcej - wino jej smakuje i chce. Wreszcie i ona protestuje, że "pasliednij" (ostatni). Oni, że nie, że dopiero "pieredpasliednij". I tak jeszcze siedemnaście razy. Gruzini (jak się potem okaże - Swanowie, czyli tutejsi) są przemili, odmówić trudno. Ale jednak ruszamy. Kawałeczek dalej piękny widok, więc zatrzymujemy się na zdjęcia. W tym czasie Gruzini ostygli, a przejeżdżając obok nas nie omieszkali poczęstować winem. Daleko do Ushguli? Podobno kawałeczek, ale zbocze, którym jedziemy, tak jest jakoś pokręcone, że wioski ciągle nie widać. Ruszamy i my. Za zakrętem... stoją, znowu się zagotowali. Powtarzamy proceder, no bo jak tu się nie zatrzymać przy parującym aucie. Kilka "pieredpasliednich" i odjeżdżamy. Wreszcie jest: wieża za wieżą wyłania się Ushguli, najwyżej położona wioska w Europie, wpisana na listę UNESCO. Kiedyś, w jakimś geograficznym kanale TV po Gruzji podróżował Ian Wright. Zapamiętałem relację ze Swanetii.

076 pan

Jakże wtedy nierealne wydawało się być tutaj. I jakże bardzo być tu chciałem. Jeszcze parę metrów i otwiera się widok na całą dolinę. Powalające. Domy i wieże tarasowato rozłożone w wiszącej dolinie, wyprowadzającej wprost pod niebotyczne szczyty (ale poezja, mam tak po domowym winie). Robimy zdjęcia, co w Gruzji skutkuje tym, że zatrzymuje się ostygłe już auto z sympatycznymi Swanami i znowu pijemy. Zapraszają do domu jednego z nich, w samym środku wioski, przy głównej drodze. Podjeżdżając pod dom, z naprzeciwka widzimy jadące pod górę discovery. Pewnie z Polski, wykrzyknęliśmy. W tym czasie Ania i Krzysiek zrobili to samo (już w Polsce widzieliśmy film z tego zdarzenia). Przyjechali tu również jednym autem z dwoma kilkuletnimi chłopcami. Po drodze mieli drobne przygody z autem, więc coś jeszcze ustalamy przy podniesionej masce i razem wchodzimy w cień swaneckiej chaty. Swan chce tu urządzić hotelik dla turystów. Ma plany, ma wizję, rozpoczął już prace z przyjaciółmi. Zaprasza na poczęstunek, nam się spieszy. Więc wspólnie zjadamy tylko owoce, wznosimy toasty i odjeżdżamy, każda załoga w stronę swojej przygody.

066 pan

Jadąc do Ushguli od strony Lentekhi spotkaliśmy niewiele aut. W stronę Mestii droga jest łatwiejsza, a dzisiaj jest święto, więc ruch jest bardzo duży. Na szutrowej drodze powstawały korki! My mamy już trochę więcej przestrzeni dla siebie, bo z powodu ushgulskiej integracji zrobiło się późno. Niedobrze - dzisiaj, i tylko dzisiaj, raz w roku, drzwi w kościółku świętego Kwiryka są otwierane i dokonują się tam na poły pogańskie obrzędy. Auto zostawiamy w dolinie.
Do kościoła idzie się pod górę od głównej drogi około 45 minut, w upale. Mijamy schodzących, takich jak my jest niewielu. Mijamy również miejsca, gdzie Gruzini ucztują. Rozpalają ogniska, pieką prosiaka, jedzą, piją.  W oddali słychać bijący krótko dzwon, brzmi jak sygnaturka. Spoceni jesteśmy wreszcie na górze. Jest kościółek, poniżej niewielkie zabudowania gospodarcze, wokół przepiękna panorama. Obrzędy w czasie święta nakazują zabić wołu, ugotować mięso w wielkim kotle, a potem - zapewne przy wsparciu duchowym zakonników - raczyć się jadłem i winem. A mężczyźni popisują się swoją siłą, przerzucając duże kamienie i dzwoniąc dzwonem. Ta druga dyscyplina jest dość specyficzna: dzwon jest uczciwy i ma żelazne uchwyty, które zakłada się na ramiona. Potem "wystarczy" unieść dzwon i rozkołysać go tak, żeby zadzwonił. Dzwon uniosłem, rozkołysałem, a potem pomyślałem o czekającej mnie dopiero podróży po Kaukazie i dzwon odstawiłem na swoje miejsce. Podczas zejścia Agnieszka jest zaproszona na skromną suprę. Szedłem inną ścieżką...
"Drogą pylistą, drogą krętą" dojeżdżamy przed wieczorem do Mestii, stolicy Swanetii. Wokół, na przedmieściach, widać mnóstwo kamiennych wież. Kto wie, może nawet więcej, niż w Ushguli. Centrum Mestii odbudowywane jest w przyjemnym, kamienno-drewnianym stylu (chciałem powiedzieć: alpejskim, bo trochę podobny, ale daleko stąd do Alp). Za parę lat będzie to szalenie miłe miejsce, świetny punkt wypadowy w okoliczne, potężne góry. Znajdujemy miłą knajpkę na pięterku. Zajadamy rodzaj chaczapuri, z mięsnym nadzieniem. Teraz już pora poszukać biwaku. Okolice miast i głębokie doliny temu nie sprzyjają. Ale niedaleko Mestii znajdujemy jakąś polanę piknikową - sądząc po rodzaju rozrzuconych śmieci - i tam zostajemy pod dziką śliwą. Obudziła nas spokojna impreza kilku osób, przy ognisku nieopodal. Zasady dzikiego biwakowania mówią: miejsce twojego biwaku zostało odkryte - zwijaj się i jedź gdzie indziej. Zostaliśmy do rana. Czas pokaże, że ze stosowaniem zasad nie byliśmy tak konsekwentni.    

055 pan             

# Do Ushguli można dojechać z dwóch stron. Ciekawszą, ale trudniejszą drogą od strony Lentekhi oraz drogą (do Mestii asfaltową) od strony Zugdidi. Tędy jeżdżą marszrutki i wszelki prywatny transport wożący turystów. Ta droga biegnie dnem doliny, wzdłuż rwącej, mulistej rzeki, aż do jeziora retencyjnego. Poniżej zapory, w miasteczku Dżvari, zjeżdżamy z dobrej drogi, kuszącej tempem podróżowania. I bez pudła trafiamy w jeszcze bardziej kuszące szutry, prowadzące na skróty przez góry i wioski, przez Muchuri i Martvili w stronę Kutaisi. Wolniutka droga wije się między płotami pól i posesji, przekraczając mniejsze i większe strumienie. Meandrując po malowniczych łąkach wyprowadza na asfalty i kolejne szutry kierujące nas do Kutaisi. To miasto jest siedzibą parlamentu gruzińskiego, ale nie jest stolicą Gruzji.
Na wjeździe do miasta budowana jest olbrzymia, nowoczesna kopuła ze szkła i betonu. Wzdłuż alei modernistyczne rzeźby. Gdy w Gruzji coś budują, to robią to przyzwoicie i z pomysłem. W miasto nie zagłębimy się jakoś szczególnie, ale bezwzględnie musimy zobaczyć słynną katedrę Bagrati. Przy okazji zakupów w piekarni odkrywamy chaczapuri z nadzieniem z fasoli. Jest wyborne i syte. Takie lub inne chaczapuri weszło do kanonu naszych posiłków w ciągu dnia. Ale poszukiwania zaczynaliśmy zawsze od fasolowego. Na zimno też smakuje.
Mijamy fontannę na okrągłym placu, pełniącym rolę ronda. Na plac wjeżdża orszak weselny z długą limuzyną na czele. Na klaksonach jeżdżą wokół fontanny. Wchodzimy na orbitę, włączamy się do orszaku naszym zakurzonym domem na kółkach i trąbiąc jeździmy z nimi.
Do katedry Bagrati widocznej z daleka dojechać niełatwo. Trzeba trafić na uliczkę za rzeką, biegnącą niemal od samej rzeki stromo w górę. Przy okazji warto przyjrzeć się domkom malowniczo przyklejonym do skalistego koryta rzeki. A katedra robi duże wrażenie mimo, że jest dopiero odbudowywana.
Spod katedry wyjeżdżamy szukając drogi do manastyru Gelati. Piękny zespół klasztorny leży na wzgórzu kilkanaście kilometrów od Kutaisi. Trzeba go zobaczyć. Na jego terenie są trzy kościoły i odbudowany budynek akademii. "Przy klasztorach w Gelati, Szio-mgwime i Ikalto działały słynne akademie, które kształciły teologów, filozofów, matematyków i muzyków." [WG] Jest też bijące od setek lat źródełko, do którego woda sprowadzana jest z gór ceramicznymi rurami. Wewnętrzne ściany kościołów pełne są IX-XI wiecznych polichromii. Gdzieś znajdujemy wizerunek Dawida Budowniczego (właściwe: Dawid IV Agmaszenebela). Za czasów panowania Dawida IV i jego prawnuczki, królowej Tamar, Gruzja przeżywała swój złoty wiek, swoje 100 lat rozkwitu.
Opuszczamy monastyr. Nadchodzi burza, w strugach ulewnego deszczu znajdujemy miejsce na biwak w uroczym zakątku nad zanikającym strumykiem. Na polankę trzeba zjechać w dół z porozmywanego, błotnisto-trawiastego wału. Błoto jest pomarańczowe i lepkie. Mamy obawy, czy rano, po burzy, uda się stąd wyjechać, gdy łąka nasiąknie wodą a trawa też nam nie pomoże.

123 pan

# Urocza łączka wspomagana napędem wszystkich kół wypuściła nas na trasę w kierunku Gori. W czasie wojny z Rosją w 2008 roku Gori trochę ucierpiało. Jednak pomnik Stalina przetrwał. Zdemontowano go dopiero w 2010 roku. Teraz znowu są plany postawienia go na nowo. Do Gori jedziemy własciwie tylko z jego powodu. Ten "... ospowaty młodzieniec z Gori, niedoszły ksiądz, Soso Dżugaszwili." [WG], czyli Stalin, urodził się właśnie tutaj, w Gori. Jest tu jego muzeum, rodzinny dom obudowany marmurowym mauzoleum i kolejowa salonka (ówczesny kamper), którą podróżował ten dyktator. Pani przewodnik ładnym, zrozumiałym rosyjskim tłumaczy zawiłości polityki prowadzonej przez Stalina. W głównym hallu muzeum, w kąciku, stoją (ledwie od kilku lat) plansze informujące, że to muzeum nie popiera totalitaryzmu i zbrodni stalinowskich. Że obrazuje tylko propagandę totalitarnych rządów.
Gruzini dumni są ze Stalina. To przecież syn ich narodu, wielki i sławny czlowiek.
Ruszamy drogą ekspresową w kierunku Tbilisi. Pasażerowie lokalnego busika energicznie nas pozdrawiają, aż się przyklejają do szyb. Serdeczny naród, ci Gruzini. Drogowskazy pokazują, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Do Baku ledwie rzut beretem, do Teheranu dwa rzuty. To egzotyczne nazwy, a jest to namacalne, to jest realnie blisko. No tak - do Baku blisko, a zrobiło nam się daleko do Upliscyche, skalnego miasta tuż pod Gori. Zapomnieliśmy o nim, zabłądziliśmy, teraz musimy nadłożyć kawał drogi. Dzięki temu robimy zdjęcia z wypieku chleba w pewnej małej piekarni. A że do celu dojeżdżamy późnym popołudniem z zupełnie innej strony - któż by się tym przejmował.
Upliscyche to miasto wykute w skale. Początki datowane są 3 tysiące lat przed naszą erą, domostwa zaczęły powstawać 5 wieków przez Chrystusem. W miękkiej skale wykuto wszelkie obiekty potrzebne ludziom do egzystencji. No - może z wyjątkiem stacji benzynowej i kawiarenki internetowej. Zwiedzanie jest płatne.
I znowu wracamy na szybką trasę... przez Gori, bo skalne miasto jest ledwie kilka kilometrów od niego. Zrobiliśmy spore kółko.
Już o zmierzchu wjeżdżamy do Mcchety. Rzutem na taśmę, przy świecach, zwiedzamy cerkiew Samtawro. Siostra zakonna wyjaśnia nam, czemu gruziński krzyż ma wygięte ku dołowi ramiona. "Gruziński krzyż, krzyż świętej Nino, ma opuszczone ramiona, niczym ludzkie ręce, załamane pod ciężarem trosk. Oplata go jak sznur warkocz świętej" [WG]. To za sprawą gałązek winorośli, z których robiono kiedyś małe krzyże. Gałązki wysychając wyginają się, a teraz tym dużym, żelaznym i drewnianym, twórcy od razu wyginają ramiona.
Po zmroku kolędujemy jeszcze po mieście zaglądając to tu, to tam. Okolice katedry Sweticchoweli są gustownie odrestaurowane, a sama katedra kolorowo i plastycznie oświetlona. Zwiedzimy ją jutro, teraz czas na biwak. Wyjeżdżamy z miasta pod górę, turystyczną "Drogą Monastyrów". Pierwsza dróżka w bok, pierwsze krzaki. Nie są zachęcające, więc wracamy na drogę. Jedziemy dalej. Krzaki okazują się cmentarzem. Jeszcze kawałek i zjeżdżamy w rozmytą drogę biegnącą stromo w górę. Kolejne rozpadliny, nieduży lasek i znajdujemy łąkę ze wspaniałym widokiem na okoliczne doliny. Na skraju łąki stoi malutka cerkiewka, a w oddali pulsują światła Tbilisi. Jest ciepło, łąka pachnie i brzęczy.

168 pan

# W centrum Mcchety są duże ograniczenia w ruchu samochodowym. Wiele ulic jest zablokowanych dla przyjezdnych. W pobliżu katedry Sweticchoweli utworzono duży parking i stragany dla sprzedawców pamiątek. Już od początku dnia w katedrze jest wielu zwiedzających. Wnętrze kusi chłodem i zabytkami z zupełnie odmiennych epok i stylów. Kusi ogromem i dostępem do wszystkiego, co w niej jest. To najważniejsza gruzińska katedra, trochę jak nasza na Wawelu czy na Jasnej Górze.
W Mcchecie jest jeszcze jedna cerkiew  - Świętego Krzyża, na wzgórzu na drugim brzegu rzeki. Prezentuje się dumnie, ale drogę do niej znaleźć niełatwo. Jedziemy więc do Tbilisi z nadzieją, że w drodze powrotnej łatwiej będzie zjechać z drogi ekspresowej na drogę prowadząca do cerkwi.
Przez Tbilisi tylko przejeżdżamy, robiąc zdjęcia z auta, jak japońscy turyści. Żeby zrealizować nasze plany musimy zrezygnować ze zwiedzania stolicy Gruzji. Zresztą miasta to nie jest to, co w podróżach najbardziej nas pociąga. Ale mając więcej czasu Tbilisi powinno się zwiedzić: zostać tam na noc, pojść do łaźni siarkowych, wjechać na wzgórza dominujące nad miastem.
Z Tbilisi kierujemy się na północ. Po drodze wjeżdżamy do cerkwi Świętego Krzyża. To niewielka świątynia, położona w miejscu widocznym z daleka i widokowym. Spotykamy grupę radosnych pątników z Polski. Rozpoznają nasz samochód, cieszą się jak dzieci ze spotkania, robią sobie zdjęcia przy naszym aucie. To oni pozdrawiali nas wczoraj na trasie pod Gori.

171 pan

Wracamy na główną drogę. Pozostawiamy przy drodze dwóch autostopowiczów z Polski - mimo dużego auta mamy tylko 2 miejsca siedzące, reszta powierzchi to łóżko. Niebawem pojawia się drogowskaz kierujący do Władykaukazu. Znak, że jesteśmy na Drodze Wojennej (czy też Wojskowej, zależnie od interpretacji tłumaczenia). Historyczna, ale przede wszystkim malownicza to droga prowadząca przez góry Kaukazu do granicy z Rosją, a tuż przed nią do Stepantsmindy (dawniej Kazbegi). Gdzieś w połowie dystansu koniecznie trzeba zwiedzić fortecę Ananuri, cudownie położoną nad jeziorem. Początkowo Droga Wojenna prowadzi dolinami, a pod koniec wznosi się na wysokokie granie i za ostatnimi stacjami narciarskimi traci asfalt. Droga przez najwyższe góry to szerokie szutry z kałużami, od których nie stronią TIR-y i wielkie autobusy. Po prostu innej drogi do Rosji nie ma. Przed przełęczą urządzony jest zwieszony nad urwiskiem punkt widokowy, z pokomunistyczną, kolorową mozaiką przedstawiąjącą ludzi pracy. W pobliżu zainstalowały się punkty gastronomiczne. To oaza życia towarzyskiego w tym rejonie. Spotykamy tu naszych autostopowiczów. Przylecieli samolotem a teraz za nieduże pieniądze zwiedzają Gruzję.

176 pan

Z przełęczy jest już niedaleko do Stepantsmindy. Otwierają się tak piękne widoki na Kaukaz, że prowadzenie auta staje się niebezpieczne. Mija nas auto Mongolia Rally, do którego wbili się na stopa nasi znajomi.
Na biwak chemy stanąć na przełęczy pod klasztorem Tsminda Sameba nad Stiepansmindą, na stokach Kazbeku. Wyboistą drogą wspinamy się na przełęcz. Góry zaciągnięte są chmurami, wiemy, że na przełęczy będzie wiało. A tu nagle, na skośnej łące powyżej drogi, widzimy kilka aut terenowych. Machają do nas. Nieważne, kim są, takie auta powinny nocować razem. Miejsce ładne, więc skręcamy do nich. Za chwilę witamy się z Polakami. Potwierdza to nasze dotychczasowe spostrzeżenia, ze jeśli w Gruzji widzimy oszpejoną terenówkę, to jest ona z Polski. Na łące stoją 3 dyskoteki i patrol, a sympatyczna ekipa jest z Tarnowa. Dołączamy do stada dyskoteką, więc we wzmocnionym składzie drzemy łacha z patrola: "- Fajna droga była - opowiadam - da radę przejechać autem. - A patrolem? - pyta kierownik landrovera" Spędzamy razem przemiły wieczór. Wokół nas wysoki Kaukaz z pasemkami chmur. I księżyc.
"Takich gór, jak u nas, w Gruzji, to nie ma nigdzie na świecie." jak mawiał Gruzin Saakaszwili w serialu o pancernych. Kto wie - może miał rację?

189 pan

Koniec części pierwszej.

Wszystkie cytaty oznaczone [WG] pochodza z ksiażki Wojciecha Góreckiego "Toast za przodków".

Artur Kamiński
Landklinika.pl

 

Written by :
Arturrr
 
Poprawiony: środa, 11 grudnia 2013 22:32
 
 

Wszelkie prawa zastrzeżone - logo landklinika.pl chronione jest prawem autorskim. Wykorzystywanie bez pisemnego zezwolenia zabronione.